Ramzi
Ramzi
(Rammstein, Potworek, Synek)golden retriever
ur. 09.05.2013
34kg / 62cm
Bawimy się w mantrailing i nosework.
Mały, puszysty szczeniaczek Ramziuszek był prezentem dla kilkuletniego chłopca.
W ciągu roku zmienił się w 43kg Ramzesa.
Ramzes bardzo mocno ciągnął na smyczy, więc nie wychodził na spacery poza podwórko przy kamienicy.
Ramzes nie poznawał obcych ludzi, bo skakał na nich i ich przewracał.
Ramzes podczas posiłków nieustannie szczekał, więc właściciele odgrodzili salon bramką, aby szczekał... trochę dalej.
Ramzesowi nie można było wziąć ukradzionej skarpetki - kończyło się to krwiakami na ręce.
Ramzes był bardzo sfrustrowany; kopulował ze wszystkim (ludźmi, kocami, kołdrami, a nawet z futryną) i kradł wszystko, co było w jego zasięgu.
Ramzes był tylko źródłem wydatków i problemów, więc właściciele postanowili zmienić mu dom.
W jego pierwsze urodziny wszystko się zmieniło.
Na początku nie potrafiliśmy znaleźć porozumienia.
Pierwszego dnia poszliśmy na spacer. Oczywiście - szeleczki, smyczka, Ramzi ciągnął jak szalony, ale dało się to wytrzymać (wystarczyło za nim biec! ;) ). Szczęśliwie omijał wszystkie psy, był cały czas zajęty węszeniem. Kilkanaście metrów od domu spotkaliśmy sąsiadkę z hasającym psem. Chwila nieuwagi... mix rottka był na grzbiecie Ramzia.
Sąsiadka się zmieszała, przecież jej pies "nikogo nigdy nie zaatakował". Przeprosiła, zapłaciła za szycie ucha.
Rana zniknęła dużo szybciej niż chęć zabicia wszystkich psów w okolicy. Krwiożerczość z pewnością nie wynikała jedynie z tego doświadczenia, niemniej to nie był idealny pierwszy kontakt z obcym psem.
Tej nocy Ramzi zniszczył dwie kołdry i legowisko. Bałam się do niego podejść - warczał i kłapał. Zamknęłam go w sypialni, a noc spędziłam w salonie, płacząc. Chciałam go oddać, czułam, że sobie z nim nie poradzę.
Rano doszłam do wniosku, że muszę mu pomóc. Przejrzałam internet i wszystkie książki o psach, które miałam w domu.
Wyszliśmy na krótki spacer. Mieliśmy pośrednika w komunikacji. Ramzi zawsze był łakomczuchem, więc wzięłam garść karmy i co chwilę pakowałam w niego granulkę. Nie przeszkadzało mu to w ciągnięciu - robił po prostu gwałtowne zwroty do mnie... i znów hopsał przed siebie, ale przynajmniej przez chwilę odrywał się od swojego świata ;)
Kolejne dni przynosiły coraz więcej nadziei. Ramzi zaczynał mieć momenty, w których mnie nie ciągnął, zaczął także reagować na imię. Zaczęliśmy wychodzić na dłuższe spacery.
Bodajże siódmego dnia pierwszy raz odważyłam się spuścić go ze smyczy. Byliśmy na plaży. Wokół nie było żywej duszy - wściekle zacinający deszcz wszystkich wypłoszył. Ku mojemu zaskoczeniu, Ramzi, po kilku minutach węszenia, zaczął szukać ze mną kontaktu. Skarmiałam go, rzucałam patyki (w których się tarzał 😈); świetnie się bawiliśmy... BUM! Nagle Ramzi dzikim pędem pobiegł na drugi koniec plaży! Rzuciłam się w pogoń za nim. Gdy do niego dobiegłam, radośnie kończył posiłek. Ktoś zapomniał zabrać kiełbasek i sałatki pozostałych po grillu. Przerażona wizją skrętu żołądka, nie bacząc na ryzyko, natychmiast zapięłam Rammsteina i pojechaliśmy do weterynarza.
Weterynarz był pełen podziwu. W trakcie swojej kariery nie spotkał jeszcze psa, który w około 20 sekund zjadł ponad 1,5 kg kiełbasy...
Znacie ten filmik? :D
Kolejne dni mijały coraz spokojniej.Nauczyłam Ramzia chodzić jako-tako na smyczy,
bezbłędnie reagował na imię (gdy miałam bułkowy argument),
zaczął nawet wybierać bułkę zamiast namierzania pieska!
Po kilku miniętych pieskach (mówimy póki co o przejściu po drugiej stronie ulicy) sam zaczął szukać u mnie bułki na widok psa.
Bułka stała się naszą najlepszą przyjaciółką. Uprzedzę pytania - nie, żadna wątróbka, parówka, żaden łosoś czy schab nie były tak wartościowe.
Mimo dokarmiania, po dwóch wspólnych tygodniach miał sukces wagowy - Ramziu schudł do 40kg.
Ramzi w tamtym czasie próbował kopulować jedynie z nogami mojej mamy i babci 😈. Kołdry i framugi poszły w odstawkę, poza tym robił to już tylko (!) 2-3 razy dziennie... Przestał też ciągle dyszeć i się ślinić. Przekierowywałam jego emocje na gryzaczki, zaczęłam go masować po spacerach. Nauczyłam go podstawowych komend (siad, waruj, łapa), ba, wyklikałam mu trzymanie i puszczanie skarpetki. Po kilku dniach zostałam paserem- płaciłam Ramziemu jedzeniem za przyniesienie kradzionych rzeczy (a potrafił ukraść wszystko, łącznie z kłębkiem własnej sierści, w obronie którego był gotowy użyć zębów). Oczywiście, nie zmniejszyło to częstotliwości kradzieży, ale przynajmniej było bezpieczne :) Mimo, że w domu było już prawie ok, na spacerach nadal nie było dobrze. Smycz była coraz częściej luźna, ale pieski nadal były do zabicia. Zapisaliśmy się na szkolenie, niestety źle dobrane do naszych potrzeb i po kilku sesjach zrezygnowaliśmy.
Do wakacji cały czas mieliśmy ogromny progres. Zaczęliśmy się bawić. Zaczęłam chodzić z nim na spacery po lesie bez smyczy. Ramzi zaczynał dogadywać się z sukami - zaczęło się od wspaniałej seterki, potem poznał labradorkę, w końcu puściłam go na wybiegu z kilkoma stabilnymi suczkami.
W lipcu wyjechałam na tygodniowe wakacje. Ramziu tez pojechał na wakacje, ale do mojej mamy. Mama pojechała razem z nim... na wystawę. Byłam przerażona, gdy o tym usłyszałam. Ramzi wśród tylu psów? Oh, poleje się krew.
Krew się nie polała. Ramzi w dużym stadzie nie był skory do ataku.
W sierpniu wybraliśmy się na inne szkolenie - tym razem z posłuszeństwa, grupowe... które okazało się być szkoleniem obedience. Ramzi gwiazdą obi nigdy nie będzie, bo i głowa, i ciałko mu w tym nie pomagają, ale dzięki tym treningom połknęłam bakcyla psich sportów.
Kolejne miesiące mijały "życiowo" coraz lepiej. Dużo czasu spędzaliśmy na spacerach, także z innymi psami. Ramzi zaczął się z nimi komunikować. Na jesień zaczęliśmy ćwiczyć mantrailing. Zaczęliśmy jeździć na wystawy. W zimę zmienił się w całkiem spokojnego psa w domu, nie miał także problemu z krótkim skupieniem na dworze, zaczęliśmy uczyć się sztuczek.
Ramziu nadal miał wpadki - zupełnym przypadkiem zakleszczył się mu na żuchwie
pojemniczek na płyn do prania. Na nocnym dyżurze przyjmował nas lekarz "od kiełbasy".
... ale przynajmniej dzielnie pomagał mi w domowych obowiązkach i gasił światło, kiedy kładłam się spać.
Niestety, nie wychodziły treningi obi. Kompletnie nie potrafiliśmy się porozumieć...Oboje bardzo się nimi frustrowaliśmy. Trwało to aż do lata, kiedy pojechałam po Kluseczkę.
Kolejne dwa lata spędziliśmy na docieraniu się. Chodziliśmy po górach, dużo tropiliśmy, trochę popracowaliśmy górnym wiatrem, rozgrzebywaliśmy obi, nawet wystartowaliśmy w treningowych zawodach agility :)
Zabawa w pracę górnym wiatrem
miejsce II, klasa -0, tyczki na płasko ;)
A co najważniejsze - Ramzi jest praktycznie bezproblemowym psem w życiu codziennym. Nie ma żadnego problemu w relacjach z psami. Kilka razy pomagał w pracy nad psami z problemami, bo potrafi olać je nawet w najgorętszych sytuacjach.
Mogę wyjąć mu z pyska wszystko, co do niego trafi ;) Nie ryzykuję przy tym utratą ręki. Idealnie chodzi na smyczy. Potrafi się ze mną bawić, a ja potrafię bawić się z nim. Dostrzegam jego ograniczenia i nie wymagam od niego więcej, niż na tę chwilę jest w stanie zrobić. Nie potrzebuję bułki w ręce, aby się z nim porozumieć.
Równowaga chlebowo-Ramziowa
PS Nadal muszę go zgarniać do nogi przed śmietnikami :P



Komentarze
Prześlij komentarz